Archive for the ‘Monte Cassino’ Category

Po ukończeniu pierwszej klasy, mieliśmy miesiąc wakacji.

W tym czasie odwiedziłem mój 3 batalion, który stacjonował w Rimini i pełnił służbę wartowniczą przy niemieckich obozach jenieckich, a także Bolonię. Byłem dwukrotnie w Rzymie, Florencji, Asyżu, Wenecji, zwiedzałem Włochy i tak jak pozostali koledzy, uwodziłem Włoszki – w Bolonii i najmilszą memu sercu w Amandoli – Adelajdę.

Pierwszego kwietnia 1946 roku rozpocząłem naukę w 2 klasie licealnej. Pierwsze półrocze zakończyliśmy 30 czerwca. Po miesięcznej przerwie rozpoczęliśmy naukę, ale też zaczęliśmy się przygotowywać do wyjazdu do Anglii, gdyż Anglicy zaplanowali demobilizację 2 Korpusu u siebie na wyspach.

Amandolę (i Sarnano) opuściliśmy 6 sierpnia. Część szkoły, w tej części byłem i ja, udała się do Neapolu, gdzie zostaliśmy zaokrętowani na pasażerski statek „Empress of Australia”. Po tygodniu podróży, (16 sierpnia 1946 roku), okręt nasz zawinął do angielskiego portu w Liverpool’u. Stąd samochodami przewieziono nas do miejscowości Bodney Airfield Nord w hrabstwie Norfolk. Zamieszkaliśmy w metalowych barakach, zwanych przez nas „ beczkami śmiechu”, na do niedawna jeszcze wykorzystywanym lotnisku. Naukę rozpoczęliśmy już 6 września 1946 roku, a zakończyliśmy 30 listopada 1946 roku. W grudniu zdałem maturę.

Reklamy

W końcu czerwca dowiedziałem się, że przy 3 DSK zostało utworzone Gimnazjum i Liceum z siedzibą w miasteczku Amandola (30 km. na południe od Fermo). Natychmiast zgłosiłem się u dowódcy baonu z prośbą o odkomenderowanie do Liceum. Zgodę uzyskałem i do Amandoli wyjechałem już 1 lipca. Do liceum zostałem przyjęty i zapisany do klasy 1b, matematyczno – fizycznej, z siedzibą w Amandoli. W sąsiednim miasteczku Sarnano – 12 km od Amandoli –  zostały zlokalizowane klasy humanistyczne.

Naukę w liceum i gimnazjum rozpoczęło ok. 1000 uczni – żołnierzy, 30 lipca 1945 roku i na pierwszym roku trwała do 23 lutego 1946 roku, a więc równo 8 miesięcy. W Amandoli byliśmy zakwaterowani w prywatnych kwaterach u Włochów. Mieszkałem tuż obok kościoła św. Franciszka. W jednym pokoju mieszkało nas trzech: Kowalczyk, Kleinerman i ja.

Kleinerman był Żydem, który uciekł z Polski i przechowywał się na południu Włoch we włoskiej partyzantce. Gdy Polacy pojawili się we Włoszech, natychmiast wstąpił do polskiego wojska. Przyjęto go, był żołnierzem 2 kompanii 3 baonu 3 DSK. Zmarł w Anglii w 2005 roku w wieku 83. lat. Był wspaniałym kolegą i człowiekiem o wielkiej kulturze.
O Kowalczyku wiem tylko tyle, że już nie żyje.

W szkole, żywiliśmy się początkowo w kuchni żołnierskiej, po pewnym czasie podporucznicy przyjęli „łaskawie”, nas podchorążych, do swojego „kasyna”, które prowadziła Włoszka. Pobierała prowiant (na ok. 15 osób) i gotowała obiady bardziej urozmaicone niż serwowała nasza żołnierska kuchnia.

Lekcje mieliśmy najczęściej po południu w klasach szkoły włoskiej (rano uczyły się tam dzieci). Powstanie szkoły i jej działalność opisana jest w książce jej ucznia, Mieczysława Kuczyńskiego pt. „Szkoła Karpacka 1943 – 1948”, wydanej w 1980 roku w Anglii przez Związek Karpatczyków 3 DSK w Londynie.

Włochy, Amandola 1946 – Gimnazjum i Liceum 3 DSK

Natarcie na Bolonię ruszyło 9 kwietnia 1945 roku. 2 Korpus nacierał wzdłuż drogi nr 9 tj. via Emilia. Walkę rozpoczął 1 batalion zdobywając miejscowości: Castel San Pietro, Castel Bolognese, Imolę, a następnie przyczółek na rzece Senio.

Zadaniem naszego 3 baonu było przejście przez ten przyczółek i zaatakowanie nieprzyjaciela na rzece Santerno – dojście do rzeki i zdobycie na jej południowym brzegu terenu potrzebnego do dalszego natarcia. Południowy brzeg rzeki opanowała w ciągu 11 marca 2 kompania 3 baonu. W tej części bitwy szczególnie wyróżnił się 1 pluton pod dowództwem ppor. Mieczysława Stelmaszyńskiego.

Nasza 4 kompania poruszająca się w drugim rzucie miała uderzyć na rzekę i jej drugi brzeg (północny) dopiero o świcie 12 kwietnia. (Rozkaz do natarcia otrzymaliśmy jednak dopiero po południu, gdyż rano, część amerykańskich samolotów bombardujących północny brzeg rzeki pomyliła się i zbombardowała także nasz batalion, były duże ofiary). Mieliśmy biegiem sforsować rzekę, na której czołgi faszynowe zrobiły przejście zrzucając do wody wielkie ilości wiązek faszyny, opanować wał północny, rozszerzyć przyczółek do biegnącej równolegle do rzeki drogi do Mordano i poruszając się w lewo, niszczyć nieprzyjaciela w jego bunkrach i schronach. W tym natarciu ja dowodziłem jedną z drużyn 2 plutonu 4 kompanii.

Przez rzekę Santerno przebiegliśmy bez przeszkód – po faszynie. Biegnąca za nami pierwsza kompania baonu nie zdążyła przebiec rzeki w całości. Dosięgnął ją niemiecki ogień zaporowy. Miała straty w ludziach. Na naszym prawym skrzydle, w odległości kilkudziesięciu metrów ode mnie znajdował się na wale 4 baon i czołgi brytyjskich huzarów – churchille. Czołgi trzymały się piechoty. Nie chciały jechać do przodu bez niej. Bały się niemieckich pepanców. Z literatury opisującej tę bitwę można się dowiedzieć, że naszą kompanię wspierały polskie czołgi, ale ja ich ani nie widziałem ani ich nie słyszałem.

Po przeskoczeniu wału północnego rzeki pędziliśmy do przodu nie tyle bojąc się dość słabego ognia niemieckiej piechoty, ile ich artyleryjskiego ognia zaporowego. Dopadliśmy do rzędów winorośli i tam dopiero zatrzymaliśmy się. Po mojej lewej stronie drużyna biegnąca od nas w odległości 10 metrów natknęła się na bunkier niemiecki, z którego Niemcy obrzucili ją granatami. Ciężko ranny (w oczy) został nasz żołnierz, chłopcy jednak szybko doskoczyli do bunkra i wrzucili do środka parę granatów. Niemcy natychmiast poddali się. A tak w ogóle to Niemcy nie mieli już chęci do walki. Korzystali z byle okazji, by się poddać.

Po parominutowej walce z bunkrem, przygotowaliśmy się do następnego skoku (ok. 100 m) – do drogi, na której widzieliśmy uciekające wozy i piechotę niemiecką. Nie doszło jednak do niego, otrzymaliśmy rozkaz uderzyć w lewo i wesprzeć 1. kompanię w jej walce z bunkrami w wale i tym samym rozszerzyć przyczółek w lewo. Pewna część Niemców poddała się bez walki, część uciekła. Nie goniliśmy ich. Na rozkaz dowódcy plutonu ppor. A. Jakubowskiego zająłem z drużyną jakąś casa contadini i tam zorganizowałem obronę na wypadek kontrataku Niemców. Wszędzie leżały trupy żołnierzy niemieckich – rezultat bombardowań samolotów, ostrzeliwań naszej artylerii i ataku naszej piechoty. Po spenetrowaniu bunkrów, bardzo solidnie zbudowanych wewnątrz wału rzecznego, ulokowaliśmy się w zajętym budynku.

Rano po Niemcach nie było już śladu. Po zbudowanym zaś w nocy na rzece moście Baileya jechały czołgi naszej 2 Brygady Pancernej, potem jechali Kanadyjczycy, a potem jakieś czołgi angielskie. A było ich setki.Teren, który jeszcze wczoraj krwawo zdobywaliśmy przeganiając Niemców, dziś był gruntownie przemieszany tysiącami stalowych gąsienic.  Dla mojej drużyny i dla mojego batalionu wojna skończyła się, ale bitwa o Bolonię trwała nadal.
Bolonia została zajęta dopiero 21 kwietnia rano o godzinie 6-ej przez patrol szturmowy 9 batalionu 3 Brygady 3 DSK.

Po paru dniach postoju nad Santerno zostaliśmy przerzuceni do Granarolo nad rzeką Idice, a potem do wioski Viadogola – 8 km od Bolonii.  We Włoszech, Niemcy skapitulowali 2 maja 1945 roku, a w zachodniej Europie nastąpiło to dopiero 8 maja 1945 roku. 2. Polski Korpus przestał już być zachodnim sprzymierzeńcom potrzebny. Wielu żołnierzy rodem z centralnej, zachodniej lub południowej Polski zaczęło myśleć o powrocie do swych rodzin.

My, Kresowiacy, nie mieliśny dokąd wracać, wszak na naszych Kresowych Ziemiach już rządzili bolszewicy i wcale nie czekali na nasz powrót. Gen.W. Anders sam jednak czekał i nam swoim żołnierzom kazał czekać, na 3-cią wojnę światową – tym razem z bolszewikami. We Włoszech i Egipcie organizował nową dywizję pancerną. Fotografia 59 przedstawia przygotowaną do przeglądu na polach pod Loreto, już w lipcu 1945 roku, włoską część tej dywizji. Fotografia 60 to już pokojowe współistnienie żywej (pociągowej) i martwej części niemieckich sił pancernych w końcu wojny.

Ażeby skrócić czas czekania, trzeba się było czymś zająć. Część żołnierzy po pobraniu żołdu znikała więc z kompanii (z przepustką lub bez przepustki) i zabawiała się (do następnego żołdu wypłacanego co 10 dni) w Bolonii lub innych większych miastach włoskich.

Większość żołnierzy nie chciała jednak marnować czasu i pieniędzy i postanowiła zwiedzać Włochy.  Ponieważ w końcu 1945 roku 2 Korpus liczył już ponad 100 000 żołnierzy (do 2 Korpusu przyjęto bardzo wielu Polaków – żołnierzy września 1939, którzy wojnę zaliczyli w niemieckich obozach jenieckich, Polaków (np. Ślązaków) b. żołnierzy Wehrmachtu, ludzi zwolnionych z niemieckich obozów pracy przymusowej itd. itp.), gen. Anders zdecydował się na „sprzedanie” ok. 10 000 żołnierzy Kanadzie i Argentynie do pracy w ich lasach i na ich polach. „Tranzakcja”, mimo że kupcy byli bardzo wybredni i mało płacili, została zrealizowana. Młodzi żołnierze, bohaterowie walk we Włoszech o wolność i niepodległość swojej Ojczyzny nie wrócili już do Polski, by ją odbudowywać, pojechali do dalekich bogatych krajów, by czynić je jeszcze bogatszymi.

Po przełamaniu Linii Gotów i zdobyciu niemieckich umocnień oraz zakończeniu akcji nad rzeką Metauro zostaliśmy wycofani na tyły na parotygodniowy odpoczynek. Pewnego dnia wezwał mnie do siebie por. Antonowicz. „Wituś, – mówi – w Fermo jest organizowany trzytygodniowy kurs gimnazjalny. Zrobisz egzamin z 4. klasy i otrzymasz świadectwo małej matury. Pakuj swoje manatki – jedziesz na ten kurs.”

Rozkazu powtarzać nie musiał. Już następnego dnia rano byłem w drodze do Fermo. Tu zameldowałem się i zostałem przyjęty na kurs. Było nas około 120 żołnierzy. Mieliśmy lekcje z polskiego, matematyki itd. Przydało mi się wtedy moje noszenie w plecaku i czytanie w wolnych chwilach polskiej literatury Krzyżanowskiego oraz rozwiązywanie zadań z matematyki – z książek, które kupiłem w Bejrucie. Po prawie trzech tygodniach – 16 września egzamin. Zdałem. Byłem jednym z 80-ciu, którzy otrzymali świadectwo ukończenia 4 klas gimnazjalnych. Wszystkie przedmioty poszły mi dobrze, nawet łacina.

Prof. Józef Małecki, nie bardzo wierząc w moją wiedzę z łaciny, zapytał mnie czego się uczyłem. Zarecytowalem mu wówczas ósmy wiersz z „Eneidy” Wergiliusza:

Arma virumque cano. Troiae qui primus ab oris
Italiam fato profugus Laviniaque venit

[Śpiewam broni. Lavinian pochodzi z wybrzeży Włoch,
który był pierwszym z Troy, zesłany przez los]
wg tłumacza Google

Kazał mi przetłumaczyć, przetłumaczyłem (jeszcze wtedy pamiętałem). Pokręcił głową i powiedział, że zdałem. Aż podskoczyłem z radości – bo ja tak naprawdę nic więcej z tej łaciny nie pamiętałem.

Prof. Józefa Małeckiego spotkałem, gdy osiadłem w Zabrzu. Mieszkał w Gliwicach i pracował na Politechnice Śląskiej. Przyjaźniliśmy się. Zmarł w 1993 roku. Napisał swoje wspomnienia z pobytu w obozie sowieckim. Znajdzie je czytelnik w mojej pierwszej książce „Śląsk Pamięci Monte Cassino”. Do jednostki wróciłem szczęśliwy. Mała matura od razu czyniła mnie szeregowcem z cenzusem i kandydatem do szkoły podchorążych.

26 września 1944 roku dumny z osiągniętego cenzusu powróciłem do swojego baonu. Tu, gdy zameldowałem się u por. Z. Antonowicza i pokazałem mu świadectwo maturalne usłyszałem: „No to Wituś, pakuj na nowo swoje rzeczy. Teraz pojedziesz do Szkoły Podchorążych. Na podchorążówce łączności miejsc już nie ma, ale są jeszcze na podchorążówce piechoty. Pojedziesz więc na nią. Jutro dostaniesz rozkaz wyjazdu i skierowanie. Pojedziesz autostopem, bo nasz batalionowy samochód z przyszłymi podchorążymi już wczoraj odjechał. Dasz sobie radę jesteś starym żołnierzem”.

No i pojechałem – aż na sam koniec włoskiego buta do miasteczka Matera. W Materze zameldowałem się na trzeci dzień. Tyle czasu trwała moja autostopowa podróż. Kurs już się rozpoczął (20 września 1944 roku), jednak zostałem od razu przyjęty – opinię miałem bardzo dobrą, no i byłem starym wygą frontowym z Krzyżem Walecznych i po Monte Cassino. Szkoła trwała do 18 stycznia 1945 roku. Po jej ukończeniu zostałem starszym strzelcem podchorążym.

Na szkole ukończyłem też kurs kierowców samochodowych i uzyskałem tzw. „Pozwolenie na prowadzenie wojskowych pojazdów mechanicznych”. Warunki życia i szkolenia mieliśmy doskonałe. Jednym z instruktorów w Szkole Podchorążych był Tobrukczyk, sierż. Antoni Adamus, odnalazłem go po powrocie do Polski w Bielsku Białej, odwiedzałem go często, zaprzyjaźniliśmy się.

20 stycznia 1945 roku opuściłem Materę, udając się do swojego 3 baonu. Batalion odnalazłem w Predappio – odpoczywał po kampanii w Apeninach Emiliańskich. Wtedy też odwiedziłem Gienka Komorowskiego, który służył w 1. PAL-u.

Do plutonu łączności już nie wróciłem. Zostałem odkomenderowany do 4 kompanii, z przydziałem na dowódcę drużyny w 2 plutonie. W Predappio (miejscu urodzin Mussoliniego) stał batalion do 8 lutego. Potem zostaliśmy przerzuceni nad rzekę Senio w pobliżu Faenzy, gdzie stanowiliśmy odwód 1 Brygady 3 DSK. Staliśmy w 2. linii. Ze względu na bardzo złą pogodę kwaterowaliśmy w zabudowaniach gospodarzy włoskich. Stanowiska nasze to były doły strzeleckie wykopane na polu i zalane w 2/3 wodą. Całe szczęście, że nie musieliśmy z nich korzystać. No bo jak trwać w jamie zalanej wodą.

Opanowanie miasteczka Santo Stefano otworzyło 2 Korpusowi jedno z drzwi do Ankony. Kontynuowane dnia następnego to jest 18 lipca 1944 roku natarcie wydzielonymi kompaniami szturmowymi 3 baonu, doprowadza do odcięcia jeszcze wieczorem tego dnia Ankony od głównych sił niemieckich i zajęcia jej przez 2 Korpus. 3. baon doszedł na północ od Ankony do wybrzeża Adriatyku w miejscowości Borghaccio. Do Ankony wszedł Pułk Ułanów Karpackich, pieczętując tym zwycięstwo 2 Korpusu – na fotografii widać tablicę pamiątkową umieszczoną przez Włochów na murach Ankony w 40-lecie jej zdobycia przez 2 Polski Korpus.

Po paru dniach odpoczynku otrzymuje nasz batalion nowe zadanie. W nocy z 5/6 sierpnia 1944 ma zluzować w miasteczku Roncitelli 4 batalion i uderzyć świtem 9 sierpnia na Niemców znajdujących się w rejonie cmentarza Santa Lucia i na otaczających go wzgórzach. Zostałem przydzielony z Leonem Brodzkim do 4 kompanii. Bitwa baonu o cmentarz i wzgórza trwała cały dzień. Bardzo silny ogień artylerii niemieckiej powodował nieustające uszkodzenia naszej linii telefonicznej. Razem z piechotą zdobywaliśmy cmentarz i chowaliśmy się w jego grobowcach przed niemiecką nawałą artyleryjską. Był to dla nas ciężki dzień.

W czasie tych walk poznałem dowódcę jednej z drużyn 4 kompanii, kaprala Roberta Froncka, Ślązaka z Bielszowic koło Zabrza. Przyszedł do naszego baonu jako jeniec z Wehrmachtu tuż po zdobyciu Ankony. Służył w 1939 roku jako podoficer zawodowy w Wojsku Polskim, a potem w tym samym stopniu kaprala w Wehrmachcie. U nas wkrótce awansował na plutonowego. Miał za sobą niemiecką kampanię na froncie rosyjskim pod Moskwą. Ranny, już na front rosyjski nie powrócił. Trafił pod Monte Cassino, a dokładniej do bunkrów pod Piedimonte, gdzie też i dostał się do niewoli angielskiej.

Było to nasze pierwsze spotkanie, drugie – to walki nad rzeką Santerno, gdy byłem już w 4 kompanii i nacieraliśmy razem na północny brzeg rzeki, a następne to już w Polsce w 1970 roku w Zabrzu i w Bielszowicach, gdzie mieszkał po powrocie do Polski (Fot.). Bitwę o Santa Lucia bardzo dokładnie opisuje Jan Bielatowicz w swojej książce „3 Batalion Strzelców Karpackich” [str. 144 – 149, Londyn 1949 rok].

Po bitwie o Santa Lucia 3 baon został przesunięty nad Adriatyk w rejon miasteczka Scapezzano nad rzeką Cesano. Odcinek ten był względnie spokojny. Co noc brałem udział jako łącznościowiec w organizowanych przez baon wypadach albo zasadzkach – najczęściej po drugiej stronie rzeki. Nie mieliśmy „szczęścia”, na Niemców nie natrafiliśmy ani razu. Szóstego sierpnia 1944 roku zostałem odznaczony przez gen. Bronisława Ducha Krzyżem Walecznych. Dekoracja odbyła się w miejscowości Senigalia.

W końcu sierpnia 1944 znaleźliśmy się na niemieckiej tzw. Linii Gotów. Mimo przygotowania naszego batalionu do walk związanych z przełamaniem tych niemieckich umocnień, do większej bitwy z Niemcami nie doszło. Kanadyjczycy, którzy zaatakowali Niemców parę godzin wcześniej od nas, przełamali linię niemieckiej obrony. W ten wyłom wszedł 1 września nasz 3 batalion by zaatakować Niemców z flanki. Ale i w tej nowej sytuacji do bitwy z Niemcami nie doszło. Niemcy zdecydowali się opuścić Linię Gotów. Nasz 3 batalion w błyskawicznym ataku szybko przebił się aż do Adriatyku, całkowicie odcinając Niemcom odwrót. Tak to 2 września dzięki uderzeniu Kanadyjczyków i szybkiemu działaniu 3 baonu padła Linia Gotów. Po tych działaniach batalion odszedł na kilkutygodniowy odpoczynek do miejscowości Morrovalle.

30 czerwca 1944 roku wobec przygotowywanego przez 2 Korpus nowego natarcia, Niemcy ustępują znad Chienti i opierają się aż nad rzeką Musone. Będą bronić Ankony. Nasz Korpus pokonując kilka rzek i zdobywszy szereg miasteczek nad morzem, zatrzymał dopiero się w Porto Recanati, 5 kilometrów od Loreto. Nasz 3. baon stał koło miasta Osimo. Przed nami, na sąsiednim paśmie wzgórz, znajdowali się już Niemcy z punktem oporu w miasteczku Santo Stefano. Aby zdobyć Ankonę musiał 2 Korpus wpierw zdobyć tę miejscowość. Miał tego dokonać nasz 3 batalion, a ściślej jego 1 kompania pod dowództwem porucznika Edmunda Króla.

Wraz z pchor. Leonem Brodzkim, jako patrol telefoniczny 3 baonu, mieliśmy zabezpieczać łączność por. E. Króla z dowództwem 3 baonu. w czasie natarcia. Wsparcie ogniowe zapewniały działa 1-go i 3-go PAL-u. Na lewo od nas, na Niemców nacierały bataliony 5 KDP przy wsparciu artyleryjskim 5 PAL-u.

Na podstawę wyjściową do natarcia, na zboczu północno-zachodnim wzgórza, na którym leżało Osimo, wyruszyliśmy nocą z dnia 16/17 lipca i tam okopaliśmy się. Natarcie nasze ruszyło o godz. 10-ej. Piechota biegiem ruszyła z góry w dolinę między wzgórzami. Ja z Leonem, choć obciążeni dwoma bębnami z kablem, polowym aparatem telefonicznym, bronią, amunicją i granatami dotrzymywaliśmy jej kroku, ale tylko dopóty, dopóki biegliśmy w dół do strumyka Valentino. Za rzeczką, gdy przyszło nam biec pod górę tempo nasze, łącznościowców, gwałtownie zmalało. Odstaliśmy od piechoty, której czołowe patrole szybko dopadły pierwszych zabudowań Santo Stefano i rozpoczęły likwidację kompletnie zaskoczonych niemieckich punktów obrony. Gdy byliśmy w połowie zbocza, dostaliśmy się pod niemiecki ogień moździerzowy. Ponieważ pociski padały z dość dużym rozrzutem, więc ile sił nam starczało rwaliśmy do przodu. Gdy byliśmy już przy pierwszych zabudowaniach miasteczka, stwierdziliśmy, że nie mamy łączności z centralą. Wróciłem więc aż do rzeczki i tam przy drodze znalazłem uszkodzenie. Spowodowały je nasze czołgi, które z pewnym opóźnieniem szły za nami. Wróciłem do Leona i szybko dopadliśmy pierwszych zabudowań Santo Stefano. Przebiegliśmy główną ulicę mocno zniszczonego miasteczka i przekazaliśmy połączenie telefoniczne porucznikowi E. Królowi.

Piechota, szczęśliwa, że prawie bez strat osiągnęła cel natarcia, rozlokowała się w ostatnich domach miasteczka i mając przed sobą następne pasmo wzgórz, na które uciekali Niemcy, rozpoczęła ostrzeliwanie cofającego się nieprzyjaciela. My z Leonem byliśmy wolni, naszym zadaniem było teraz tylko pilnowanie ciągłości połączenia telefonicznego i ewentualnie jego naprawa. Po paru godzinach otrzymaliśmy rozkaz powrotu do baonu.

Postanowiliśmy wrócić szosą, teraz po pomyślnym natarciu, w pełni opanowaną przez nasze wojsko. Po przejściu około kilometra zostaliśmy ostrzelani przez artylerię niemiecką, gdyż byliśmy na pewnym odcinku drogi doskonale widoczni przez obserwatora niemieckiego. Jego polowanie na nas trwało z 20 minut. Uciekaliśmy z domu do domu jakiegoś osiedla włoskiego, a on je z premedytacją niszczył w pogoni za nami. Po kilkunastu minutach udało nam się jednak uciec z pola ostrzału. Pełni wrażeń i syci przygód wróciliśmy do plutonu. Jak dokładnie przebiegało natarcie 1. kompanii na Santo Stefano opisuje w swych wspomnieniach jej dowódca por. Edmund Król (patrz „Wojenne przygody” Edmunda Króla w mojej książce „Śląsk pamięci Monte Cassino”). Za udział w bitwie, odwagę i poświęcenie, pchor. Leon Brodzki i ja dostaliśmy Krzyże Walecznych, a por. E. Król Krzyż Srebrny Orderu Virtuti Militari V klasy.

Dla zachowania pamięci o tym zwycięstwie żołnierzy 2 Korpusu, w dniu 20 maja 1999 roku, na murze przy wejściu do Urzędu Miasta Santo Stefano, została umieszczona tablica pamiątkowa. Odsłonięcia tablicy dokonał syn por. Edmunda Króla – Jan Król, ówczesny poseł na sejm RP i wicemarszałek sejmu.

Gdy my walczyliśmy o Santo Stefano, po naszej lewej stronie toczyła boje 5 KDP i jej 5 PAL. To odznaczył się por. W. Strzałkowski za co również otrzymał Order Virtuti Militari.

20 czerwca 1944 roku dochodzimy do rzeki Chienti i zatrzymujemy się w miasteczku Monte San Giusto. Następnego dnia 3 i 4 kompanie naszego 3 baonu mają przekroczyć rzekę i zdobyć odległe o trzy kilometry od rzeki miasteczko Morrovalle. Wspomagać ich będzie batalionowy pluton carrierów. Z nasłuchu radiowego wiemy (przecież jesteśmy plutonem łączności baonu), że 4 kompania doszła do Morrovalle ale go nie zajęła i wycofała się w pobliże stacji kolejowej.  Toczy teraz ciężkie walki z otaczającym ją nieprzyjacielem.

Około południa 22 czerwca, ja i kolega Leon Brodzki, otrzymujemy od porucznika Antonowicza rozkaz przekroczenia rzeki i nawiązania łączności telefonicznej z 4 kompanią, która znajduje się gdzieś koło stacji kolejowej. Opuszczamy miasteczko Monte San Giusto i idziemy najpierw brzegiem szosy prowadzącej do Morrovalle przez wysadzony przez Niemców most na Chienti. Gdy zbliżyliśmy się do mostu Niemcy dostrzegli nas ze wzgórz po drugiej stronie rzeki i zaczęli ostrzeliwać z moździerzy. Ten ich ostrzał jakoś nas nie przeraża.

Gdy słyszymy odpalenie pocisku z moździerza padamy obaj do przydrożnego rowu. Leżąc na wznak „zabawiamy się” obserwacją lecącego pocisku. Jest tak, że gdy pocisk zostanie wystrzelony to oczywiście, że go wówczas nie widać, ale gdy osiągnie maksymalną dla niego wysokość, to prędkość jego staje się prawie równa zeru (szczególnie, gdy leci bardzo stromym torem) i wtedy zaczyna spadać prawie pionowo. W momencie dojścia pocisku do maksymalnego wzniesienia i początku spadania, pocisk jest widoczny i można wówczas przewidzieć gdzie spadnie. Gdy pociski zaczęły padać coraz bliżej nas, wykorzystaliśmy przerwę w strzelaniu, dobiegliśmy do mostu i skręciliśmy w lewo w kierunku zachodnim. Z naszej strony brzeg rzeki był mocno zarośnięty krzakami i drzewami. Poruszanie się ułatwiała nam biegnąca nad rzeką wśród krzaków ścieżka.

W odległości około 1 kilometra od mostu stały pośrodku rzeki – do połowy zanurzone w wodzie – carriery. Wykalkulowaliśmy, że było to miejsce przeprawy naszych kompanii, i że my tu też musimy się przeprawić. Rzeka, normalnie płytka, po ostatnich deszczach miała wysoki poziom wody, sięgający nam do piersi. Była dość szeroko rozlana, a prąd jej był bardzo wartki. Carriery ugrzęzły w wodzie, gdyż dno rzeki pokryte było dość dużymi ostrymi kamieniami, które dostały się na gąsienice i spowodowały unieruchomienie pojazdów. Załóg nie było.
Przechodząc od carriera do carriera, zanurzeni w wodzie do piersi, przedostaliśmy się, ciągnąc kabel na drugą stronę rzeki. Chcieliśmy iść dalej, ale po przejściu kilkunastu metrów natknęliśmy się na pluton piechoty z 2 kompanii. Porucznik, dowódca plutonu, poinformował nas, że nie widzi możliwości naszego dotarcia do 4 kompanii i jej dowódcy kapitana Tadeusza Radwańskiego. Droga do 4 kompanii jest odcięta przez Niemców, a jego 2. pluton otoczony z trzech stron, może wycofać się tylko w kierunku na rzekę. Będzie się bronił do zmroku, a potem wycofa się. Nas rozkaz dowódcy baonu nie dotyczy, więc każe nam wycofać się na południowy brzeg rzeki. Dwa razy rozkazu nie musiał powtarzać. Zostawiliśmy mu końcówkę linii telefonicznej, informując przedtem o naszej sytuacji naszego dowódcę porucznika Z. Antonowicza, który rozkaz porucznika, dowódcy plutonu, potwierdził i kazał nam się zameldować telefonicznie z brzegu południowego.

Skoczyliśmy do wody i tu niespodzianka. Niemcy zaczęli do nas strzelać, a że strzelali pociskami świetlnymi więc wiedzieliśmy skąd strzelają i że tu nic po nas. Przed drugim carrierem Niemcy wzmocnili ogień i strzelali teraz do nas jak do kaczek na wodzie. Daliśmy nurka do wody i dopłynęliśmy do carriera. Schowany za carrier czekałem na Leona. Wypłynął po chwili i mimo, że to był „chodzący flegmatyk”, cały trząsł się ze zdenerwowania.
– Co się stało Leon – zapytałem – przecież się nie boisz, Niemcy są za daleko, aby mogli nas trafić.
Leon zaklął szpetnie i powiedział – cholera, thomson zgubiłem w wodzie. Biedak, nurkował z 5 razy szukając go w wodzie ponad metr głębokiej i przy silnym górskim prądzie – i automatu nie znalazł. Ja, mimo niewesołej sytuacji stałem za carrierem i pokładałem się ze śmiechu. A Leon szukał automatu, gdyż, jak mówił, „szef każe mu za niego zapłacić”. Bez jednego więc automatu dobrnęliśmy jakoś do brzegu i wspięliśmy się na biegnące nad rzeką wzniesienie.

W najwyższym punkcie wysokiego zbocza, przy jakichś opuszczonych przez Włochów zabudowaniach gospodarczych, spotkaliśmy obserwatora naszego 3. pułku artylerii lekkiej. Zadzwoniliśmy od niego, do por. Zdzisława Antonowicza i zdaliśmy relację z naszej „działalności” bojowej. Otrzymaliśmy rozkaz – ulokować się przy obserwatorze i czekać na rozkazy z plutonu. A ponieważ było już późne popołudnie, kazał nam ewentualnie przenocować. Wracać nocą tylko z jednym automatem było zbyt niebezpiecznie no i za daleko. Zresztą po co? Dowódca naszej 1. Brygady ppłk Józef Matecki, który przybył z Anglii na miejsce odwołanego po bitwie o Monte Cassino płka Walentego Peszka, nie przyjmował do wiadomości żadnych informacji o tragicznej sytuacji naszej 4 kompanii za rzeką. Miał swoje zdanie! Po klęsce nad Chienti został odwołany i odesłany do Anglii.

Rozkaz por. Antonowicza był nam na rękę. Wysuszyliśmy się, a następnie pobuszowaliśmy po opuszczonej chałupie contadina. Posililiśmy się znalezionymi wiejskimi specjałami, popiliśmy je czerwonym winem znalezionym w piwnicy i ulokowaliśmy się przy obserwatorze artyleryjskim. Przed nami – ze szczytu wzgórza roztaczał się widok na pole bitwy naszych kompanii przy stacji Morrovalle. Obserwator potwierdził to co już wiedzieliśmy, terenem za rzeką rządzili Niemcy. Pokazywał nam doskonale widocznych przez lornety naszych żołnierzy, chowających się w zbożu i starających się przebić w kierunku rzeki. Obserwator, gdy widział, że Niemcy się do nich zbliżają, posyłał im parę pocisków. To Niemców trochę wstrzymywało, ale nie na długo. Nie mógł natomiast położyć na Niemcach silnego ognia, bo jego pułk artylerii lekkiej nie miał dostatecznej ilości amunicji. Bitwa naszej 4 kompanii pod Morrovalle, źle przygotowana przez dowódcę brygady, przygasała.

Nastała noc. Ponieważ por. Antonowicz milczał, więc spokojnie ulokowaliśmy się w łóżkach contadina i przespaliśmy do świtu. Rano, po pokonaniu około 5 kilometrów wróciliśmy do plutonu. Zdaliśmy dowódcy dokładną relację z wszystkiego co widzieliśmy i co przeżyliśmy. Pokiwał tylko głową. Leonowi Brodzkiemu szef wydał nowy automat. Za zgubiony nie kazał mu „płacić”. Tak wyglądał mój udział w niepowodzeniu, a raczej klęsce naszego batalionu nad rzeką Chienti. Ostatecznie w trzydniowej bitwie nad Chienti samotnie walczący 3 baon stracił: 23 zabitych,  3 zmarłych z ran, 49 rannych w tym 3 oficerów i 54 zaginionych w tym 1 oficer – kapitan Tadeusz Radwański dowódca 4 kompanii. Nie na tym jednak kończy się jeszcze danina baonu tej strasznej rzece. Przy moście nad rzeką, 30 czerwca 1944 roku, ginie nasz, bardzo lubiany, kapelan 3 baonu ks. Stanisław Targosz. Został pochowany na Polskim Cmentarzu Wojennym w Loreto. Była to jedyna porażka w całej historii 3 baonu. Straty nieprzyjaciela były również poważne. Miał około 50 zabitych, znacznie więcej rannych oraz 4 zaginionych.
Losy 4 kompanii i jej żołnierzy, bitwę i przyczyny jej niepowodzenia opisał w swojej książce pt. „Karpatczykami nas zwali” jej dowódca kapitan Tadeusz Radwański, dostał się do niewoli niemieckiej. Uciekł z niej do Polski i po wojnie zamieszkał w Warszawie. Odwiedził mnie w Zabrzu. Urodzony 1909 roku, zmarł w Warszawie w 1985 roku.